Moja historia

=)

Jak wspomniałam, jestem ze Szczecina, gdzie się urodziłam, wychowałam i gdzie mieszka moja rodzina.  Miejsce, do którego wracam zawsze, bo to mój dom 🙂 . Nie mogę pominąć również Świnoujścia, gdzie spędziłam 10 znaczących lat swojego życia, moje rodzinne strony. W każdym bądź razie, zwykle jestem gdzieś indziej bo włóczykijstwo jakbym miała we krwi!

Odkąd wypuściłam się na pierwszą dalszą podróż, kiedy to horyzonty się przede mną otworzyły i poczułam się jak ptak, zrozumiałam, że oprócz tego poczułam się też jak ryba w wodzie w tym wszystkim! Te uczucie doświadczania czegoś po raz pierwszy uzależnia, tych widoków, przygód, życzliwości obcych ludzi, możliwości poznawania samego siebie, uczucie zupełnej niezależności, wolności, czystej radości z najmniejszych rzeczy, czystej wdzięczności, że mam szczęście coś zobaczyć, ba! Tyle tych wszystkich emocji!

Zaczęło się w 2014 roku, kiedy to na pierwszym roku studiów ostatecznie podjęłam decyzję o mojej pierwszej samodzielnej wyprawie na Camp America – program wymiany kulturalnej dla studentów – i wyjechałem do Filadelfii na kilka miesięcy. Oczywiście wszystko to zaczęło się w mojej głowie o wiele wcześniej, jednakże najbardziej kluczowy jest punkt, kiedy przestajesz tylko o czymś myśleć, ale zaczynasz działać! O Camp America słyszałam już wcześniej, ale  głównie ekscytowały mnie opowieści o tym od mojej sąsiadki Marzeny, która dwukrotnie wyjechała do Stanów. Stany były wtedy dla mnie jak spełnienie marzeń, jak inny świat, ile ja razy siebie tam wyobrażałam! Nie miałem żadnego chętnego towarzysza, który chciałby wyjechać ze mną, ale jak to mówią JUST DO IT, po prostu trzeba działać  samemu, nie oglądając się na nic. Unikniemy wtedy zwalania winy na kogoś, co za straszne usprawiedliwienie, że czegoś się nie zrobiło bo nie było chętnych 😀  

Spędziłam 3 miesiące pracując w środku lasu w Filadelfii na obozie letnim dla amerykańskich dzieci, w rzeczywistości pracowaliśmy dość ciężko w kuchni! Wcale nie było tam sielanki. Mieszkałam z meksykankami z Puebli, dzieliliśmy się jedną kabiną i bardzo dobrze się dogadywałyśmy, mamy kontakt do dziś. Po zakończeniu campu podróżowałam przez miesiąc po Stanach Zjednoczonych, odwiedziłam Nowy Jork, Las Vegas, Los Angeles, Grand Canion, Parki Narodowe- Yosemite, Zion, Arches- , Santa Barbara, a podczas roadtripa przejechałyśmy z dziewczynami przez stan Utah, Arizona i Nevada mijając spektakularne widoki kanionów, czerwonej ziemi, niekończących się tras na pustkowiu, zachodów i wschodów słońca. Utknęłyśmy nawet w 6 godzinnym korku do Las Vegas kiedy to zalało główną drogę. Na szczęście uprzejmy gościu z auta w tyle nakarmił nas cukierkami 😀

To był jeden z najbardziej ekscytujących momentów mojego życia. Wow, tyle się działo, wszystko jak z filmu, jakby mi się śniło! Zakochałam się w Kalifornii, wróciłam tam na drugi rok, żeby spędzić  6 miesięcy pracując i podróżując.  Tym razem na wizie pracowniczej, pracując dla koleżanki Ani, do której trafiłam przez inną koleżankę Nikolę (networking zawsze działa 😀 ).  Byłam w San Francisco, San Diego, Santa Cruz, Sequoia National Park z gigantycznymi drzewami (przez jedno z nich przejechaliśmy nawet autem!), Oregonie, paru pięknych miejsc, gdzie dojrzewają winogrona na produkcję kalifornijskiego wina. Na następny rok znowu wróciłam do Kalifornii, był to już mój trzeci raz. Zwiedziłam Meksyk, który był absolutną perełką i na 100% jeszcze tam wrócę, Wyspy Bahama i inne miejsca, które wcześniej ominęłam jak Disneyland na Florydzie czy Wysepki Florida Keys z najbardziej przybliżonym punktem do Kuby. Prawdopodobnie opublikuję osobny wpis o moich doświadczeniach podczas tych wypraw 🙂

Mam niezapomniane wspomnienia. Czasem podróżowałam sama, czasami z przypadkowymi ludźmi z couchsurfingu lub przyjaciółmi przyjaciół, którzy byli na tyle uprzejmi, aby mi towarzyszyć, a nawet dać mi miejsce na nocleg.

Po moim amerykańskim życiu wróciłam do Polski, ale już wiedziałem, że to nie moja rzeczywistość, nie mogłam się odnaleźć. Był sierpień 2017 rok, po około 6 miesiącach postanowiłam pewnego dnia, że przeprowadzam się do Brighton w Anglii. Dlaczego tam? Bo nad morzem. Bez solidnego planu, znajomych na miejscu ani pracy, za to z doskonale dobrym przeczuciem, wskoczyłam do samolotu z biletem w jedną stronę. Jak się później okazało, była to jedna z moich najlepszych decyzji, intuicja mnie nie zawiodła!

Zostałam kilka nocy w hostelu naprzeciwko plaży, zanim znalazłam mieszkanie i pracę. Z tym akurat poszło naprawdę gładko! Spotkałam wspaniałych ludzi w Brighton i to był naprawdę magiczny czas. No nie mogłabym prosić o nic więcej! Piękne przyjaźnie, szalone imprezy, magia w powietrzu. Brighton ma niesamowita energię, te miasto żyje! Żyje chwilą. Trzeba tego doświadczyć 😉 Byłam naprawdę szczęśliwa i jestem wdzięczna za to :)) Więc w końcu, jak do jasnej anielki znalazłam się w Australii? 😀 Powiedziałem, że znalazłam mieszkanie po kilku dniach spania w hostelu, tak poznałam mojego współlokatora, kolejną wspaniałą osobę, mojego obecnego partnera i przyjaciela …  australijczyka: D Mieszkamy tutaj razem w domku nad jeziorem. 

Lubię mówić „oczekuj nieoczekiwanego”! Po prostu pozwól życiu zaskoczyć Cię czasami, zaryzykuj! Nie musisz mieć na wszystko planu, ufaj intuicji a przede wszystkim działaj i rusz tyłek czasem ze swojej strefy komfortu, zrób coś niecodziennego!

🙂 

Photography

Best Pictures

Read my Story