Australijski road trip z Sydney do Cairns, 4500km za nami!

Nadszedł wyczekiwany dzień, pakujemy walizki i ruszamy w trasę. W końcu będe miała okazję zobaczyć wielki kawał Australii !

Toast za to co przed nami!

W New South Wales – jednym z 8 stanów Australii, w którym mieszkaliśmy przez ostatnich 6 miesięcy, zaczęła się zima na dobre. Nie mówię tutaj o opadach śniegu bo tak dramatycznie nie było, ale temperatury spadły do tego stopnia, że zdążyłam się poczuć jak w Polsce jesienią:D

W planie było przejechanie ok 3000km, ale plany to tylko plany. Warto być elastycznym i dać sobie możliwość zatrzymania się w nieznanej miejscówce z polecenia lokalnego sprzedawcy na BP. I o to właśnie chodzi w podróżowaniu. Masz szkielet planu, ale nastawiasz się na przygodę bardziej niż na odhaczanie kolejnych miejscówek w notesie.

Postanowiliśmy, że głównie będziemy spali pod namiotem. Z polecenia znajomej ściągnęłam apke WikiCamp i polecam ją wszystkim, którzy planują podróż w takim klimacie. Czy to na podróż camperem czy właśnie z namiotem. Niesamowicie przydatna i poręczna apka. 

Pierwszy kierunek jaki obraliśmy był na południe zamiast według planu na północ bo chcieliśmy odwiedzić stolicę Australii Canberrę i rodzinny dom Chrisa, stąd nieco się cofnęliśmy. Czasem trzeba zrobić krok wstecz żeby zrobić dwa kroki w przód!

Ok, fura zapakowana, selfie stick w gotowości, odpalamy rakiete! 😀

Sydney – Canberra

285km 

Zaskakująco nie wiele osób wie, że to Canberra, a nie Sydney jest stolicą Australii. Ja sama byłam zdziwiona jeszcze kilka lat temu. Ale coś jednak dało studiowanie turystyki 😀 Dojeżdzając do Canberry odrazu daje się odczuć wielką różnicę pomiędzy tymi miastami. Panuje tam spokój, nie ma chaosu, wszędzie czysto, schludnie i bardzo przestrzennie. Wszędzie piękne monumenty historyczne.

Zdecydowaliśmy, że pozwiedzamy na rowerach. Praktycznie każdy hotel ma swoją stację miejskich rowerów, więc dość łatwo było je znaleźć.

Przejechaliśmy wokół jeziora Lake Burley Griffin. Jest to jezioro, które powstało za sprawką człowieka. Moim zdaniem świetny ruch bo jezioro przyciąga i jest jednym z głównych miejsc na odpoczynek i relax w stolicy.

Trafiliśmy na piękny słoneczny dzień, choć było dość zimno.

Później podjechaliśmy do Mauzoleum Pamięci Narodowej, jednego z najważniejszych miejsc w Canberze. Wydawałoby się może, że nuda. Ja sama zmierzając tam, pomimo oczywistej ciekawości nie byłam nastawiona na fajerwerki. Miejsce zrobiło jednak na mnie bardzo duże wrażenie. Polecam tam się wybrać. Ogromne, świetnie zorganizowane przestrzenie ze wspaniałą wiedzą historyczną, eksponatami wojennymi i wystawami. Chyba najbardziej poruszyły mnie historie o obozach koncentracyjnych, a najbardziej zaciekawiła historia samej Australii, o której nie wiele wcześniej wiedzialam. Fajnie było dowiedzieć się np. o historii święta państwowego obchodzonego 25 kwietnia w Australii i Nowej Zelandii – Anzac Day. 

Mauzoleum Pamięci Narodowej. Canberra

A tu od środka.. 🙂

Canberrę fajnie było odwiedzić, aczkolwiek nie spędziłabym tam dłużej niż 1 dzień. Jedno z tych miejsc, które warto zobaczyć, ale jak dla mnie nie na dłużej. 

Canberra – Colleambally

415 km

Ruszyliśmy w rodzinne strony Chrisa. Colleambally jest jednym z najmłodszych miast Australii, oficjalnie otwarte 51 lat temu. Miasteczko na outbacku, gdzie czas płynie wolno, słońce skwarzy w najlepsze, a kangury skaczą przed domem. Ma swój sielankowy klimat, z jednym pubem na całe miasto, gdzie wszyscy jak rodzina. Pewnego wieczoru ugotowaliśmy gulasz prosto z ognia i rozpaliliśmy największe ognisko jakie w życiu widziałam.  Super! Hulaj dusza, piekła nie ma!

Gulasz z ognia 🙂

Wielkie ognisko w ciemną, gwieździstą noc… 🙂

Mój gitarzysta i ballady o diabełku 😀

Kangury przed domem, zazwyczaj tuż po zachodzie słońca 🙂

Po paru rodzinnych dniach, paru mniejszych lub większych kacach ruszyliśmy dalej.

Bon voyage!

Colleambally – Port Stephens

830 km

Dość długa trasa, więc po drodze zaliczyliśmy swój pierwszy namiotowy nocleg w Gosford. Zazwyczaj wychodziło 10$ za osobę, w tym dostęp do prysznica, łazienki i kuchni.

Port Stephens jest popularne ze względu na wielkie piaszczyste wydmy w Anna Bay. Jest to największa piaszczysta powierzchnia w całym stanie New South Wales, gdzie można wyruszyć na przejażdzkę wielbłądem czy zjechać z wydmy na desce (tzn. sand-boarding). Może nie jak w Egipcie, ale autobusy pełne chińczyków stoją tam non stop :D.

Nelson Bay

Jest jednym z przedmieść Port Stephens. Popularne z uwagi na sielankowy klimat- momentami hawajski klimat, turkusową  wodę, jak i dobre warunki na surfing, wypatrywanie  wielorybów i delfinów.

Gan Gan Lookout

To właśnie tam poczułam się jak na Hawajach 🙂 Polecam zajrzeć.

W drodze na punkt widokowy.

Port Stephens-Great Lakes  Marine Park

Klimatyczna spokojna zatoczka, gdzie ryby podpływały do nas dosłownie na odległość 2 cm! Było ich pełno, a woda krystalicznie czysta. Pełen chill 🙂

Striptiz just about to begin 😀

Port Stephens – Arakoon NP

315 km

Po drodze do Arakoon zatrzymaliśmy się w bardzo fajnym miejscu Manning Park Rest żeby rozbić nasz namiot. Dookoła nic tylko natura i… konie! Tanio i dobrze, dostęp do kuchni, czyste prysznice i znowu tylko 10$ na głowę. 🙂

Bob budowniczy w akcji.

Bob budowniczy w kolejnej akcji. Kolacja!

A dziewczyna Boba pije wino i chyba już nie dowidzi 😀

Żeby nie było, że się nie dzielę 🙂

Yeah, oldschool toster!

Po drodzę zajrzeliśmy na Diamond Head, oddalonego 1,5h od Arakoon, gdzie miłośnicy 4D mogą wyruszyć na przejażdzki po plaży a miłośnicy spokoju mogą być pewni, że raczej nikt im jego nie zakłóci. Tak samo z kangurami!

A tutaj mama kangur z małym w torbie :-))

Diamond Head Beach

A docelowo docierając do Arakoon- czyli miejsca, które polecił nam lokalny sprzedawca na BP- skaczę z radości widząc tyle kangurów na raz na wyciągnięcie ręki! Później było już tylko lepiej 😀

Niesamowita miejscówka, przepiękna woda, klimat. Zdecydowanie chce się zostać na dłużej. Ludzie przyjeżdzają tam kamperami na wypoczynek. Widzieliśmy delfiny, które pływaly całkiem niedaleko brzegu oraz kangury, które zupełnie nieprzejmowały się obecnością człowieka. A to dlatego, że tam kangury i ludzie żyją w zgodzie. Nikt ich nie płoszy, a one całe dnie skubią trawę dzięki czemu dbają o porządny wygląd trawnika. Słodka zależność 🙂

Arakoon – Nimbin

336 km

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym miasteczku. Z opowiadań miało to był hipsterskie, kolorowe miasteczko, w którym możesz kupić zioło na ulicy i zjeść happy brownie 😀

No ok, to lecimy się przekonać. Nie jestem ani fanem brownie ani palenia, więc dla mnie najciekawszy był sam motyw wesołego, hipsterskiego miasteczka. Lubię te wszystkie kolory, hippie sklepy z różnymi dziwnymi rzeczami i zapach kadzideł. Nimbin zrobiło na mnie pozytywne wrażenie 🙂 Polecam wpaść na drodze do Byron Bay!

Hippie sklep, uwielbiam 😀 oleje, zapachy, eco kosmetyki i te kolory wszędzie!

A w Hemp Embassy gościu stał sobie na zapleczu i palił blanta.

Różne różności.

Campervan z mojego snu 😀 jedno z moich marzeń do spełnienia.

Just be happy!

Nimbin- Byron Bay

77km

Byron Bay to nadmorskie miasteczko z najdalej na wschód wysuniętym punktem Australii. Popularna miejscówka, do której zjeżdżają się obowiązkowo wszyscy backpackersi. Klimat zawdzięcza przybrzeżnym knajpom, super warunkami na surfing i urokiem małego miasteczka.

Ikoną jest latarnia morska, na którą trzeba się trochę powspinać, ale widoki się zrewanżują. Maszerując na latarnie, dostrzegliśmy całe stado delfinów, a będąc już na samej górze, migrujące wieloryby!

Polecam spędzić trochę czasu na plaży Wategos. Jak schodzi się z drogi na latarnię, jest zaraz po prawej stronie. 

A jeżeli jesteście fanami meksykańskiej kuchni to wpadnijcie do Miss Margarita na najlepsze burrito ever ! 😀

Byron Bay – Gold Coast

94km

Gold Coast przy wybrzeżu przypomina Miami. Ogromne budynki, apartamentowce, hotele jeden przy drugim. Wszystko idealnie oświetlone, idziesz trzymając głowę cały czas w górze śledząc wzrokiem tą scenerię rodem z Miami Beach. Jednak wędrując nieco wgłąb miasta, nabiera ono bardziej zwyczajnego tonu. Zdecydowanie jest co robić nocą!

Rozsławiona plaża Surfers Paradise jakoś nie była na szczycie mojej listy, więc cyknęłam tylko fotkę z auta 😀 Być może tam wrócę.

Wypadliśmy za to do Parku Narodowego Springbrook, oddalonego godzinę jazdy od Gold Coast. Przeszliśmy jeden ze szlaków pieszych podziwiając krajobrazy uformowane przez erupcję wulkanu w odległej przeszłości.

Moja wskazówka -> jeżeli wybieracie się tam z ciepłego Gold Coast, pamiętajcie, że w parku temperatura jest zawsze o kilka stopni niższa! Także ciepła bluza obowiazkowo w plecak 😉

Gold Coast – Brisbane

100km

Brisbane- stolica stanu Queensland. Kiedyś przekonana byłam, że leży nad oceanem, jednakże Brisbane usytuowane jest przy rzece. Niezbyt czystej rzece, ale mimo to nie traci uroku. Miasto, w którym zdecydowanie jest co robić. Ogromny wybór restauracji, pubów, kafejek. Osobiście polubiłam to miasto, ale dopiero kiedy miałam więcej czasu żeby zobaczyć je „od środka”. Nie tylko spacerem wzdłuż rzeki. Uważam, że naprawde ma swój klimat. 

Spacer brzegiem rzeki.

Wejście na lokalny prom. Świetnie było trochę połazić 🙂

Koniecznym punktem do odwiedzenia jest uliczna plaża w South Bank (Streets Beach). Jest to ikona Brisbane i jedyna plaża w Australii zbudowana przez człowieka w środku miasta. Robi wrażenie! Niby sztuczna plaża, ale świetnie im to wyszło. Całe otoczenie i pobliskie knajpy idealnie zgrywają się w jedną całość tworząc przyjemną atmosferę.

Z wielką przyjemnością wznieśliśmy toast w jednej z nich. 😀

Brisbane – Sunshine Coast

105km

Sunshine Coast, czyli słoneczne wybrzeże. Dla mnie jak znalazł! Ponad 100 km pięknego wybrzeża. Ale nie tylko plaże, Sunshine Coast jest bardzo zielone. Raj dla miłośników leśnych wycieczek i tych, którzy nie tylko lubią się wygrzewać cały dzień na plaży.

Jednak najpierw udaliśmy się na spacer po plaży  Noosa Head 😉 

Miejsce, które zrobiło na nas duże wrażenie był punkt widokowy Glass House Mountains w parku narodowym o tej samej nazwie. Zaledwie 20 min drogi od wybrzeża. Góry są pozostałością po wulkanach sprzed 26 milionów lat.

Na miejscu jest też miejsce na BBQ i można przejść 800m ścieżki dookoła punktu widokowego.

To lecimy dalej!

Sunshine Coast – Seventeen Seventy

400km

Dziwnie brzmiąca nazwa miasta „1770”, za wiele mi wcześniej nie mówiła. A poprawniej- absolutnie nic mi nie mówiła. Ten punkt na planie naszej podróży znalazł się tylko dlatego, że znajomy polecił nam zajrzeć do Agnes Water, które znajdowało się 7 km od tego miasta. W Agnes zatrzymaliśmy się na noc w namiocie, a rano wyruszyliśmy zajrzeć do 1770. No i bingo! Przepięknie! Było to naprawde wspaniałe odkrycie. Miejsce, o którym się nigdzie nie słyszy a tutaj taka niespodzianka. W maju 1770 r, James Cook wylądował po raz drugi na australijskiej ziemi. Właśnie tutaj miało to miejsce, stąd nazwa.

Wybraliśmy się pieszym szlakiem wzdłuż wybrzeża Joseph Banks Regional Park. Było dość bajecznie. W jednym z przejść pośród drzew wszędzie latały piękne duże motyle. Miałam wrażenie, że przeniosłam się do innego świata! Coś niesamowitego… Zabraliśmy ze sobą nawet naszą przenośną kuchnię żeby zjeść obiad, tak jak lubimy- na plaży!

Na relax.. 🙂

Wędrując wzdłuż wybrzeża.

Niesamowicie wyglądała ta pusta plaża.

Zawsze miejsca VIP w naszej pódroznej kuchni! 🙂

Widać kto dziś prowadzi 😀

Seventeen Seventy – Airlie Beach
(Whitsunday Islands)

713km

Tak, Australia jest cholernie wielka, a te odległości mogą przyprawiać o zawrót głowy 😀 Tak więc 713 km później znaleźliśmy się w Arlie Beach. Kolejny punkt obowiązkowy do odwiedzenia wśród backpackersów. Tym razem zatrzymaliśmy się w hostelu Magnums, tuż przy samym wybrzeżu. Polecam, spoko ceny i super lokalizacja. Airlie jest jedną z baz wypadowych na Whitsunday Islands – ikonę północnego Queensland. Ma swój sielankowy klimat, idealny żeby usiąść z piwem w ręku i obejrzeć zachód słońca. Wszędzie pełno łódek. 

Klimat Airlie Beach jak na załączonym obrazku 🙂

W poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.

Już tradycyjnie- Pina Colada!

Whitsunday Islands to zespół 74 wysp, które leżą pomiędzy północym wybrzeżem stanu Queensland a Wielką Rafą Koralową. Większość z nich jest nie zamieszkana przez człowieka, a zarazem każda z nich zachwyca pięknymi plażami, turkusową wodą i kolorowym, podwodnym światem.

Zabookowaliśmy całodniową wycieczkę łodzią żeby zobaczyć choć mały kawałek tego raju! Snorkelling nad rafą koralową był niesamowity. Wprawdzie po 20 min w wodzie trzęsłam się z zimna,ale twardo z głową w dół podziwiałam coś o czym zawsze marzylam! Niesamowite uczucie.

W drodze do raju.

Trzęsąca się z zimna i z wrażenia.. prosto z wody 😀

A tutaj chwilę przed 😉

Polecam jednak założyć pianke jak jedziecie nurkować podczas kalendarzowej zimy w Australii 🙂 My mieliśmy na sobie tzn. „stinger suits”, które mają chronić przed złowieszczymi ukąszeniami meduz. Załoga statku wręcza je każdemu przed wejściem do wody.

Mieliśmy przystanek na Whiteheaven Beach, która naprawdę wyglądała jak heaven.  Jest to 7 km plaża ciągnąca się wzdłuż Whitsunday Island, znana ze swojego idealnie białego piasku.

W cenie wycieczki, mogliśmy wskoczyć na paddle.

<3

Później dotarliśmy do punktu widokowego Hill Inlet Lookout Whitsundays, gdzie poprostu już zwariowałam z wrażenia 😀

Po drodze wszamaliśmy przepyszny lunczyk na łódce i mimo, że musiałam stać przy swoim łódkowym stole to była to najlepsza VIP miejscówa ever.

Lunch na łódce.

Wracając na brzeg wiedziałam już, że poprzeczka została wysoko podniesiona 😀 Nie byłam pewna, czy do końca podróży coś będzie mnie w stanie tak zachwycić. Prawieże miałam racje, chociaż podobnej ekscytacji czystego szczęścia doświadczyłam przytulając koalę 650 km później! Ale do tego dojdę 🙂

Airlie Beach – Cairns

620km

Dotarliśmy do ostatniego punktu naszego road tripa. Mieliśmy w planie tam zostać i zamieszkać, ale koniec końców, nie spodobało nam się tam i zmieniliśmy plan 😀 Dużo się jeszcze później wydarzyło, ale nie starczyłoby mi internetowych stron do opisywania wszystkiego haha. Obecnie jestem jeszcze gdzie indziej niż zaplanowaliśmy po zmianie planu 😀 Życie jest piękne takie jakie jest, a ja cieszę się, że mam do niego podejście takie jakie mam.

Sztuczna laguna w Cairns, jedyne miejsce, gdzie można się wykąpać.

Townsville, śniadanie na świeżym powietrzu 🙂 w drodze do Cairns

Cairns jest punktem wypadowym na Wielką Rafę Koralową. Jest to największy system raf koralowych na świecie, rozciągający się na przestrzeni ponad 2300km. Dom, w którym mieszka Nemo! Z tego względu myślałoby się, że kolor wody w Cairns będzie cudowny, ale jest dość brązowy ze względu na znaczne naruszenie dna przez budowę portów. Sama rafa znajduje się 15 km od wybrzeża Cairns, więc to zupełnie dwie inne bajki. Cairns jak dla mnie można traktować bardziej jako bazę wypadową do okolicznych atrakcji. 68 km na północ od Cairns znaduje się Port Douglas, to stamtąd podobno najlepiej wybrać się na rafy. Z nie jednego źródła słyszałam, że są najbardziej spektakularne. I też tam zamierzamy się wybrać następnym razem. Bo jak kochać to księcia, a jak kraść to miliony mówią.

Przepiękny błękit oceanu w okolicach Cairns 😀

Wybraliśmy się do Kuranda Village. Oddalonej o 30 km w ląd od Cairns, hipsterskiej, górskiej wioski pośród lasu. Tam mi się podobało! 🙂 tak, mały hipster we mnie drzemie.

Hippie stragany.

Autentyczny wrak samolotu tuż przed wejściem na market.

Jeżeli kiedykolwiek tam wpadniesz, koniecznie zajrzyj do „Sweet Gossip”, francuskiej małej knajpki na lokalnym markecie! .. i zamów Apple Custard Pie. O mój boże, te słodkie małe coś wygrało wszystkie zawody, niebo w gębie! Trudno pominąć zresztą bo zapach roznosi się na połowę marketu, a nas zwabił szybciej niż kota mysz 😀

Widoki przy kawie 😉

Sweet Gossip

Najlepsze apple custard pie i mała czarna 😉 Life is too short, eat dessert first!

Z moim towarzyszem życia i podróży 🙂

Po słodkim conieco poszliśmy do Kuranda Koala Gardens, gdzie to ponownie ta euforia i to wszystko. Przytuliłam koalę! Kolejne marzenie sie spełniło! Naprawde warto tam wpaść. 26$ za marzenie?!

Szczęka mnie bolała od tego zaciesza, serio 😀

22h spania dziennie !

Po drodze zajrzeliśmy jeszcze na Barron Falls, a później już czas było zawracać… 🙂

Pominęliśmy parę miejsc po drodze, które były w planie z różnych względów. Do niektórych z nich zdecydowanie jeszcze wrócimy. Mamy na to czas 🙂

Do zobaczenia, ściskam! 

”Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.”

Cytat, który wiele lat temu zapadł mi w głowę i tak jest to dziś… 🙂

Cieszę się, że tu wpadłaś/eś! Pozdrowienia ze świata! :-))

Udostępnij:

Komentarzy: 2

  1. russell rutledge
    07/22/2019 / 22:24

    good job mate

    • PanComido34
      Autor
      07/22/2019 / 23:10

      Thanks!! :-))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *