Australia od naturalnej strony!

Czyli od strony, którą lubię najbardziej 🙂

W Nowej Południowej Walii, tam gdzie obecnie mieszkamy jest mnóstwo opcji jeżeli chodzi o piesze wyprawy. Obok mamy wielki park narodowy Royal National Park. Charakteryzuje się nadmorskimi klifami, odosobnionymi plażami i wszechobecnym eukaliptusowym buszem. Piękne punkty widokowe, ścieżki o różnym stopniu trudności, miejsca na piknik, naturalne basenu w głębi lasu, wodospady.. 🙂

Ostatnio mieliśmy okazje przemaszerować Wodi Wodi Track. Zrobiliśmy to na dwa razy. Po raz pierwszy zaczynając z punktu, gdzie mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy do istnej dżungli! A kolejnym razem zaczęliśmy z drugiego możliwego punktu startowego, gdzie szlak przebiega łagodniej i po drodze zostaliśmy oczarowani punktami widokowymi na ocean.

Wodi Wodi Track

Jest to 6,5-kilometrowy szlak, nazwany na cześć Opiekunów- rdzennej ludności, zamieszkującej wzdłuż wybrzeża Illawarra. Szlak jest idealny na jednodniową wyprawę, która zaczyna się w pięknym Stanwell Park (pod warunkiem, że wyprawę zaczniemy wcześnie rano). Od tego też punktu zaczęliśmy.. kiedy to znaleźliśmy się w dżungli 😀

Do różnych ciekawych miejsc należą też szlak Bullock używany przez europejskich osadników (1820) i Lawrence Hargrave House (1880).

Zaczęliśmy od Stacji Stanwell Park, nie wiedziałam czego za bardzo się spodziewać, ale myślałam, że będzie dość sielankowo. Ledwo co weszłam do tego lasu już na samym początku jak zobaczyłam te chaszcze przede mną 😀 na zdjęciu stoję przestraszona wpatrując się w busz i rozglądając się czy nie ma wkoło pająków. Mówię sobie..no ładnie… Chris na widok mojej miny mówi, że nie ma mowy, że teraz się zawrócimy. Ok…no to zaciskam zęby i lecimy w las 😀 Bez kijków w ręku się nie obeszło, momentami było strono w górę lub stromo w dół, kijki służymy nam też jako solidne maczety żeby odgarniać gałęzie. Często musieliśmy się zastanawiać, w którą stronę mamy dalej iść bo ścieżka nie wyglądała już jak ścieżka tylko jak nieprzetarty nigdy szlak 😀 Zastanawialiśmy się jak to możliwe, że nie ma nawet wkoło znaków żeby nie zabłądzić. Bo oczywiście zabłądziliśmy lekko, maszerując nie w tą stronę co trzeba. Maszerując brzmi delikatnie bo my raczej przedzieraliśmy się 😀 Ta adrenalinka jednak dodała frajdy całej wyprawie. Nie spotkaliśmy nikogo po trasie, byliśmy tylko my i las wkoło. Czułam się trochę jak w grze na misji 😀 Jak wyszliśmy ze szlaku czułam spore zadowolenie, duuuże zmęczenie i zarazem ulgę, że zdążyliśmy przed zachodem słońca 🙂

Kolejnym razem zaczęliśmy z punktu, w którym zakończyliśmy poprzednią misję. Ze stacji Coalcliff . Odwiedzili nas znajomi w weekend wielkanocny, więc po świątecznym śniadaniu…po jajkach na bekonie 😀 wyruszyliśmy na hiking. Cały weekend wielkanocny mieliśmy przepiękną pogodę. Wiem, może brzmi to dziwnie, że w ogóle o tym wspominam bo przecież to Australia, ale wcale nie praży tutaj słońce non stop 😛

Trochę fotorelacji z naszego wielkanocnego marszu.

Coalcliff Station- nasz punkt startowy

Autentyczna meksykańska knajpka w Stanwell Park

Stanwell Beach

Udostępnij:

1 komentarz

  1. Ania
    05/09/2019 / 07:51

    Super opowiadasz 🙂 jak bym tam byla 🙂 :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *